facebook
 

Co gdzie kiedy

Nasze wspólne treningi

wtorek, g. 18.00-19.15, joga dla biegaczy, sala w Przylasku Rusieckim, obowiązują zapisy!


środa, g. 19.00-20.30 - sala gimnastyczna Szkoła Podstawowa im. Króla Kazimierza Wielkiego, ul. 3 Maja 23, Niepołomice;

 

piątek, g. 8.15 - Puszcza Niepołomicka, zbiórka  na parkingu przy barze Smak

 

sobota, g.8.00-10.00 - NLF - Next Level Fitness w Staniątkach - siłownia

niedziela, g. 9.00 - Puszcza Niepołomicka, zbiórka i wspólna rozgrzewka na parkingu z akcesoriami gimnastycznymi przy drodze w kierunku Szarowa.

 
 

Od zmierzchu do świtu, od kryzysu do sukcesu Agi ...

Data publikacji: 2019-10-04 11:00  |  Data aktualizacji: 2019-10-04 11:05:00
Od zmierzchu do świtu, od kryzysu do sukcesu Agi ...

Lubię się zmęczyć, najlepiej tak bardzo porządnie. Ma to swoją przyczynę, ale też następstwo. Sam etap wystawiania się na próbę, czyli eksploatacji swojego ciała poza znane granice wywołuje mnóstwo emocji - dobrych i złych, niepokojących i dających ukojenie, wprawiających w kompletne zrezygnowanie, by nagle dawać nadzieję na sukces, od całkowitego zrezygnowania, po budującą świadomość, że jednak jestem w stanie wykrzesać z siebie coś, co wykracza poza sugestie umysłu. Cały wachlarz doznań. To proces, wewnętrzny dialog, często walka pomiędzy wiarą, a niewiarą w siebie. 

Prawie 50 kilometrów stanowiło dla mnie wyzwanie i w pierwszym odruchu byłam gotowa podjąć je bez chwili namysłu. Dystans nie był dla mnie nowością, nocna formuła zachęcała tym bardziej, ale miałam pojechać tam całkiem sama, w zasadzie bez przygotowania. Właśnie te dwie zmienne całego równania z każdym dniem potęgowały we mnie chęć rezygnacji i ucieczki od podejścia do sprawdzaniu. Wszystko bez wyjątku zaczynało być doskonałą wymówką. 

Te z pozoru błahe i dla wielu niezrozumiałe rozterki, dla mnie stały się prologiem całego przedsięwzięcia, takim wyzwaniem przez właściwym wyzwaniem, podczas którego stoczyłam wstępną walkę ze swoimi słabościami, a fakt, że w dniu zawodów pojawiłam się na starcie już był mocnym sukcesem. 

Bieg, a w zasadzie Ekstremalny Marsz Śladami Generała Nila wystartował dokładnie w czasie, kiedy słońce schowało się za horyzontem. Limit czasu wyznaczały pierwsze promienie słońca. Wszystko się zaczęło, juz trwało - niepewność odeszła w zapomnienie. Zwykle tak jest, że gdy zamierzenie przechodzi w czyn, nie ma miejsca na wątpliwości, trzeba działać, dawać z siebie wszystko i tyle. Teraz właśnie "wszystko" stawało się znakiem zapytania i zagadnieniem do zweryfikowania. Zapadała noc, każdy zajmował właściwe w przestrzeni miejsce dla siebie, przeważnie coraz bardziej odseparowane od kogokolwiek innego. I to było to, co stanowiło dla mnie pierwszą wartość tej nocy. Stawałam co raz bardziej sam na sam ze samą sobą i swoimi fizycznymi i psychicznymi bolączkami. Kilometry zlatywały, ale z różną intensywnością. Początkowo pod górę biegło mi się świetnie, nie potrzebowałam przystawać ani na chwilę, potem jednak, po pierwszych 10 km sytuacja zaczęła się zmieniać. Góra - dół, góra - dół, góra, bardzo długi odcinek w dół i znowu pod górę i jedynie niewielka przestrzeń szlaku widoczna w świetle czołówki. Zaczął się kolejny etap - to właśnie teraz rozkręcała się cała zabawa, przyszłość przestała być przewidywalna. Siłę zaczęłam dawkować, jedzenie stało się problemem, żołądek zaczął żyć własnym życiem. Znałam to, przed oczami miałam obrazy z Rzeźnika, tyle że tym razem byłam całkiem sama. W zasadzie cieszyło mnie to, bo moje słabości rzutowały tylko i wyłącznie na mnie, tym razem oddziaływałam jedynie na siebie. Było to poczucie wyzwalające, ale pojawiało się też ryzyko nadmiernego odpuszczenia sobie, zbytniej pobłażliwości w momentach zrezygnowania. 

Plusy i minusy aktualnej sytuacji ścierały się ze sobą dłuższy czas, zamiast biec często szłam, w głowie prowadziłam ciągły dialog, a na trasie wciąż, ani za mną, ani przede mną nie było kompletnie nikogo. Głucha, ciemna noc i tylko ja ze swoimi myślami. Kilometr za kilometrem i kolejny kryzys za kryzysem. Doskonale pamiętam chwile całkowitego zwątpienia w sens swojego wysiłku, bo niby po co, w imię czego? 

Po długim czasie jakieś światełko pojawiło się przede mną i za mną - cholera, mam to już gdzieś, byle dobrnąć do mety. Było mi źle, już nawet nie miałam siły biec w dół. Za mną i przede mną znowu ciemno. Jak to możliwe, znowu kompletnie nikogo nie ma? Trasa była wymagająca, miejscami bardzo stroma i kamienista - w mojej ocenie szybki zbieg zarezerwowany był tu tylko dla wariatów. Potem pojawił się asfalt, czyli zbiegłam do Kasiny - jeszcze kilka dni temu, gdy wracałam z gór, ciężko mi było uwierzyć, że dobrnę tu na Nilu w środku nocy - tak bardzo daleko od domu. Dobrnęłam. A potem, mimo to, że pilnowałam oznakowań, dałam się ponieść nie swojej intuicji i...pobłądziłam z grupą osób. Byłam zdezorientowana, wiedziałam, że właściwa ścieżka biegnie równolegle w stosunku do tej, na której jestem. Dodatkowo pojawiło się jeszcze kilku biegaczy, którzy zawrócili z pomylonej trasy, czyli było nas sporo więcej. Zaczęliśmy się przedzierać przez wąwóz, byle dotrzeć na szlak. Było stromo, coraz bardziej wymagająco, aż w końcu przed naszymi oczami pojawiła się pionowa skała. Poczułam jak zalewa mnie niepewność i strach, na szczęście trwało to tylko chwilę, bo udało się jakoś wybrnąć bokiem. Straciłam tu sporo sił i czasu, ale jednocześnie w tym właśnie momencie zostałam wyzwolona z ambicji. Poczułam się trochę tak, jakby spadł ze mnie ciężar, już nie liczył się wynik, a jedynie to, żeby wbrew wszelkim kryzysom dotrzeć do mety, a potem do domu. Mogłam się skupić tylko i wyłącznie na swoich słabościach i już teraz mierzyć się jedynie ze sobą i z nikim innym na trasie. Całą resztę odpuściłam. 

Zegarek już jakiś czas temu pokazał 20 km, czyli byłam już prawie w połowie, to tak jakby przede mną była już tylko droga do domu. Zawsze podczas długich treningów tak właśnie dzielę całą trasę: tam i z powrotem. Kiedy planuję przebiec 30 km, to biegnę tak naprawdę tylko 15, potem już tylko wracam. Głowa zawsze przyjmuje takie małe kłamstewko bardzo dobrze i efekt jest sprzyjający. Tym razem takim wybiegiem również poczułam się pokrzepiona, nie mniej kolejne kryzysy wciąż się pojawiały. O jedzeniu nadal nie było mowy, wszystko stawało mi w gardle. 

Przede mną wyrósł Szczebel - góra legenda Nila. Wiele o niej słyszałam i opowieści te wcale nie okazały się na wyrost. Bardzo strome i długie podejście mocno weryfikowało siły każdego tej nocy. Mozolnie stawiałam krok za krokiem, czując jak bardzo zaczyna brakować mi sił. Minęła mnie dziewczyna, ale nie miało to dla mnie już większego znaczenia. Ktoś jeszcze cały czas trzymał się tuż za mną. Pamiętam to doskonale, bo w momencie, kiedy już było mi bardzo ciężko, usłyszałam zza pleców, że mam dobre tempo oraz słowa podzięki za mobilizację! Ja widziałam to całkiem inaczej. Przystanęłam w końcu na chwilę, a chłopak minął mnie wreszcie i znowu zostałam całkiem sama. Na szczycie dowiedziałam się, że jestem 5 kobietą. 

Szczebel nie jest łaskawy ani w podejściu, ani na zejściu. Stromizna i duża ilość kamieni nie dają tu szansy na szybkie pokonywanie tej góry. Jest trudno w każdą stronę. Nie mniej, to właśnie był dla mnie moment przełomowy. Tak samo jak rozmowa na trasie ze spotkanym kolegą. Noc zawsze ma w sobie wiele osobliwości - ta miała ich bardzo wiele. 
Zaczął się ostatni etap biegu, ostatnie 15 km. Pojawiające się siły zaczęły nieśmiało przekuwać się w trucht, a potem w rytmiczny bieg, kolejne kilometry zaczęły ubywać. Wg zapowiedzi organizatorów i z relacji innych osób wynikało, że ten odcinek będzie monotonny i nużący, mnie tym czasem zaczynało biec się coraz lepiej. Moim oczom ukazywały się kolejne światła czołówek, mijałam kolejnych chłopaków i niespodziewanie...dziewczynę ze Szczebla. W tym momencie robiłam już tylko swoje. Żółty szlak, znaczek za znaczkiem, kilometr za kilometrem, do domu coraz bliżej. Noc wywierała na mnie teraz duże wrażenie, wyłapywałam z niej wszelkie niuanse, więc kiedy do moich uszu dobiegło pohukiwanie puszczyka, sama do siebie z radości zaczęłam się śmiać. Sowy są mi niezmiernie bliskie. 

Ostatni ostry zbieg wyłonił się zza zakrętu, a wraz z nim kolejne światełko czołówki. Gdy tylko osoba przede mną zdradziła głosem swoją płeć, adrenalina we mnie zabuzowała. Coś, co wydawało mi się niemożliwe, stało się nagle faktem - miałam przed sobą trzecią dziewczynę i jeszcze 3 km łagodnego i ciągłego zbiegu do mety. W takiej sytuacji nie mogłam odpuścić. Bez problemu do niej dobiegłam, a potem wyrwałam w długą. Nie oglądałam się za siebie, koncentracje ukierunkowałam jedynie na przyśpieszonym oddechu i na tym, co przede mną. W głowie tłukły mi się emocje i myśli z całego biegu. Zrezygnowanie mieszało się z tym, co aktualnie się działo. Podniosłam się z kompletnego kryzysu i nagle okazało się, że mam szansę być trzecia.

 

                                                                                fotografia organizatora

Z całkowitego zrezygnowania, do wiary w sukces. Odbiegłam tej dziewczynie daleko, minęłam jeszcze kilka osób, meldując się ostatecznie na mecie jako 3 kobieta OPEN. W klasyfikacji generalnej na 153 osoby startujące, uplasowałam się na 18 miejscu. Czas 7h29min - wynik jak wynik, ale wart dla mnie wiele ze względu na to wszystko, co dane mi było przeżyć i doświadczyć. Pokora i wiara w siebie - do końca.


Agnieszka Lisowska-Woś

 
 

Strona została sfinansowana ze środków FIO